W sobotę udało mi się
kupić w „zieleniaku” ładne i tanie borówki. Kupiłam dwa pojemniczki po 200 gram. Jednym od
razu po powrocie zajęła się Emilka a drugi zabunkrowałam głęboko w lodówce, żeby
mi nóg nie dostał przypadkiem. Kupowałam
borówki z myślą o tarcie. Gdzieś, kiedyś widziałam taki fajny przepis na tratę
z kremem z serka mascarpone i czekolady białej ale oczywiście jak się zabrałam
za pieczenie to odkryłam brak białej czekolady w moich zapasach. Ciasto już zagniecione a pomysłu na to co do środka oprócz borówek, w głowie brak….
Ciasto, z braku natchnienia, przeleżało w
lodówce do niedzieli. W niedziele obudziłam się już z pomysłem jak tą tarte
skończyć. Wykorzystałam przepis na niby serniczek tylko podzieliłam masę na
pół.
Smaczne efekty pracy poniżej.



